konferencje     małopolanie roku     podarujmy dzieciom lato     wspólnota małopolska    
       
ARTYKUŁY  >  SZCZEGÓŁY ARTYKUŁU
Anna Biedrzycka 1994-10-31
Harfy Papuszy Jana K. Pawluśkiewicza
Światowe prawykonanie poematu symfonicznego "Harfy Papuszy" odbyło się 24 czerwca br. na Błoniach Krakowskich. Stanowił on inaugurację obchodów 50. rocznicy holocaustu Romów, odbywających się pod patronatem prezydenta RP Lecha Wałęsy. Poemat ten powstał ze szczególnej inspiracji Jana Kantego Pawluśkiewicza pieśniami cygańskiej poetki Bronisławy Wajs-Papuszy (1900 -1987), której twórczość budziła podziw polskiego środowiska literackiego, a wśród nich tak wybitnych poetów jak m.in. Juliana Przybosia i Juliana Tuwima, który, zachwycony tą poezją, zachęcał autorkę do dalszego pisania i doprowadził do ukazania się pierwszego tomiku jej wierszy pt. "Pieśni Papuszy" wydanego w 1953r. w tłumaczeniu Jerzego Ficowskiego.

Pojawienie się tego tomiku - będącego przedstawieniem dramatu narodu Romów (masowego wysiedlania wielowiekowych koczowników i przymusowego osiedlania na przełomie lat 40 i 50 naszego wieku i późniejszej jego walki o przetrwanie), a zarazem nostalgicznym pożegnaniem własnej minionej młodości i utraconych wędrówek - wywołało osobisty dramat poetki. Romowie uznali, iż przez te publikacje zdradziła naród i odsunęli się od niej. Posypała się na nią lawina cygańskich oskarżeń i gróźb, włącznie z groźbą śmierci. B. Wajs-Papusza przypłaciła to chorobą nerwową, obsesyjnymi lękami, które trapiły ją aż do śmierci. Ponad 30 lat przeżyła w pełnym osamotnieniu i nie wiadomo nawet ile napisała, gdyż olbrzymią część swoich rękopisów spaliła. Zresztą, po tym załamaniu nerwowym i półrocznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym niemal przestała pisać i choć w 1973 r. ukazał się drugi jej tomik "Pieśni mówione", niewiele już było w nim tekstów z lat 60.

Romowie, przygotowując się do obchodów 50. zagłady swojego narodu, zwrócili się do J. K. Pawluśkiewicza z prośbą o napisanie cygańskiej mszy. Pawluśkiewicz, który już wcześniej zetknął się z twórczością Papuszy (napisał muzykę do trzech jej wierszy zacytowanych w dokumentalnym filmie amerykańskiego reżysera Gregory Kowalskiego o tej poetce), postanowił skomponować koncert tak, by wyrwać tę poezję, jak mówił - z kręgu skojarzeń ludowych, cygańskiego folkloru z tańcem, kolorowymi spódnicami, skrzypcami... Stworzył poemat symfoniczny. Przygotowując się do pisania muzyki, kompozytor przepisywał ręcznie wszystkie wiersze, by poczuć ich frazę, melodię. Soliści śpiewali w języku oryginału, a konsultacji udzielał im prezes zawiązanego przed trzema laty (po zajściach w Mławie) Stowarzyszenia Romów w Polsce, etnograf z UJ, dr Andrzej Mirga. Było to o tyle konieczne, że język ten - niezwykle hermetyczny, nigdy nie skodyfikowany, czyli nie mający swojego alfabetu (Papusza pisała fonetycznie używając polskich liter) - zna jedynie wąski krąg Romów nizinnych.

W noc świętojańską na krakowskich Błoniach - największej europejskiej łące w centrum miasta - amfiteatr dla 10. tysięcznej publiczności, którego ściany tworzyło siedemdziesiąt ogromnych (4 x 6 m) obrazów z kolekcji teatru STU - wypełnił się publicznością. Obok estrady dla Orkiestry i Chóru Polskiego Radia w Krakowie oraz solistów, widniała bardzo duża rzeźba Władysława Hasiora - metalowa konstrukcja przedstawiająca harfę uwieńczoną nagim popiersiem wielorękiej kobiety, której włosy rozpostarte są ponad harfą. Na tym jakby instrumencie umieszczone zostały, z dala od korpusu, ręce "poruszające" struny. Z prawej strony estrady znalazł się jakby położony płasko, otwarty fortepian, który, wypełniony żarówkami, sprawiał wrażenie płonącego. Powyżej estrady, wysoko w przestrzeni, umieszczono rzeźby - figury aniołów ze skrzydłami wykonanymi z ram fortepianów, o kształcie również przypominającym harfy. Prócz niezwykłej scenografii, wyjątkowy nastrój jaki zapanował w tej niecodziennej przecież sali koncertowej, uzyskano dzięki grze różnobarwnych świateł. Wraz z ostatnimi akordami, bezgwiezdne niebo rozjaśniły wybuchy wielokolorowych ogni sztucznych.

Partie solowe zaśpiewali: gwiazda Metropolitan Opera w Nowym Jorku (która specjalnie na tę okazję zrezygnowała z występu w "Don Carlosie" z Deutsche Opera) - Guendołyn Bradley (sopran) oraz soliści krakowskiej Opery: Elżbieta Towarnicka (sopran), Bożena Zawiślak-Dolny (mezzosopran), Andrzej Biegun (baryton). Orkiestrą dyrygował Wojciech Michniewski. Należy przy tym podziwiać czarnoskórą gwiazdę za to, iż zgodziła się wystąpić w tych warunkach -nocą, przy ok. 10 st. Celsjusza, a przede wszystkim przy bardzo dużej, niesłychanie przenikliwej wilgoci, właściwej temu miejscu nocą, gdyż są to łąki powstałe na dawnych mokradłach. Takich warunków nie wytrzymało wielu słuchaczy, którzy opuszczali amfiteatr jeszcze w trakcie trwania prapremiery "szczękając zębami". Koncert, który trwał blisko półtorej godziny i był - jak zwykle w przypadku imprez organizowanych i inscenizowanych przez Krzysztofa Jasińskiego, dyrektora teatru STU -widowiskiem na wielką skalę, zakończył się owacjami na stojąco. A jaki był, mogli się przekonać tego wieczoru widzowie II programu TYP. Dzięki Eurowizji poznali go w sierpniu br. - kiedy w byłym KL Auschwitz-Birkenau odbyły się główne uroczystości w ramach obchodów 50. rocznicy holocaustu Romów - również inni mieszkańcy Europy.

Anna Biedrzycka
wstecz



                           Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Małopolski